W 1924 roku, po dwóch stronach Atlantyku, podjęto niemal tę samą decyzję. W lutym Władysław Zamoyski wraz z siostrą Marią podpisali u prezydenta Stanisława Wojciechowskiego akt darowizny, przekazując narodowi polskiemu majątek kórnicki razem z jedną z najważniejszych polskich bibliotek. Kilka tygodni później w Nowym Jorku J.P. Morgan junior, zwany Jackiem, przekazał radzie powierniczej prywatną bibliotekę swojego ojca przy Madison Avenue. Dwie rodziny, dwa kontynenty, jeden wniosek: dobrze zbudowany księgozbiór w pewnym momencie staje się ważniejszy niż jego właściciel. Ta historia pokazuje, czym może być prywatna biblioteka – pasją, lokatą kapitału i wizytówką zarazem.
Kolekcja, czyli książki z historią
Biblioteka Kórnicka zaczęła się od podróży. Tytus Działyński w latach 1817–1823 jeździł po Polsce, Szwecji, Danii, Niemczech, Czechach i Francji, nawiązując kontakty z antykwariuszami i uczonymi i od początku skupiając się na książkach polskich i dotyczących Polski. Morgan zaczął kolekcjonować na wielką skalę około 1890 roku: iluminowane rękopisy, starodruki, rękopisy literackie i historyczne, rysunki dawnych mistrzów. Obaj budowali nie zbiór, tylko kolekcję – przemyślaną całość z wyraźnym profilem. I właśnie to odróżnia bibliotekę kolekcjonerską od półki pełnej starych książek.
O wartości konkretnego egzemplarza decyduje kilka rzeczy naraz: rzadkość, kompletność, stan zachowania i proweniencja, czyli udokumentowana historia właścicieli. Dobrze widać to na przykładzie Pierwszego Folio Szekspira sprzedanego w 2020 roku w Christie’s w Nowym Jorku. Dołączony był do niego list z 1809 roku, w którym Edmond Malone, największy ówczesny znawca Szekspira, potwierdzał czystość i autentyczność egzemplarza. W naszej codziennej pracy jest podobnie – ekslibris, pieczęć dawnej biblioteki czy odręczna dedykacja potrafią przesądzić o tym, czy książka jest po prostu stara, czy naprawdę cenna. A pieczęć jednego z wielkich polskich księgozbiorów na karcie tytułowej to dla kolekcjonera zawsze osobna historia do opowiedzenia.
Inwestycja, czyli czas, rzadkość i cierpliwość
Pierwsze Folio to także najlepsza lekcja o długim horyzoncie. Według katalogu Christie’s w latach 90. XVIII wieku egzemplarze zmieniały właścicieli średnio za 30 funtów, w pierwszej połowie XIX wieku za około 60, a w drugiej połowie już za 290. W 2001 roku kompletny egzemplarz osiągnął ponad 6 milionów dolarów, a w 2020 roku – 9,98 miliona, co było rekordem dla drukowanego dzieła literackiego. Kupił go Stephan Loewentheil, antykwariusz z Brooklynu.
Rynek książki dawnej nie jest jednak giełdą i uczciwie trzeba mówić także o drugiej stronie. W 2013 roku w Sotheby’s w Nowym Jorku sprzedano jeden z jedenastu zachowanych egzemplarzy Bay Psalm Book, pierwszej książki wydrukowanej w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych. Cena 14,165 miliona dolarów była wówczas rekordem dla książki drukowanej – a mimo to wyraźnie poniżej szacunku domu aukcyjnego, wynoszącego 15–30 milionów. Młotek zatrzymał się na 12,5 miliona, resztę stanowiła opłata aukcyjna. Tak działa ten rynek: ceny najrzadszych obiektów rosną w perspektywie dekad, ale sprzedaż wymaga czasu, wiąże się z kosztami, a wynik konkretnej aukcji nigdy nie jest z góry przesądzony. Dlatego książkę kupuje się przede wszystkim jako książkę, a dopiero potem jako aktywo. Wartość inwestycyjną buduje się świadomym doborem egzemplarzy, weryfikacją bibliograficzną i dbałością o stan, a nie liczbą tomów na półce.
Wizerunek, czyli prestiż, który zostaje
Najstarsza polska lekcja pochodzi z Warszawy. 8 sierpnia 1747 roku bracia Józef Andrzej i Andrzej Stanisław Załuscy otworzyli dla publiczności swój prywatny księgozbiór w pałacu Daniłowiczowskim, znanym dziś jako Dom pod Królami. Biblioteka Załuskich liczyła na początku blisko 200 tysięcy woluminów i była jedną z pierwszych bibliotek narodowych w Europie; w 1794 roku miała już około 400 tysięcy tomów. Po upadku insurekcji kościuszkowskiej zbiory wywieziono do Petersburga, gdzie stały się podstawą Cesarskiej Biblioteki Publicznej, a dużą część odzyskano dopiero po traktacie ryskim z 1921 roku. Minęło blisko trzysta lat, a do dziś mówimy o niej po prostu: Biblioteka Załuskich.
Po nich przyszli następni. Józef Maksymilian Ossoliński w 1817 roku założył we Lwowie Zakład Narodowy swojego imienia, oparty na własnej kolekcji – Ossolineum działa do dziś we Wrocławiu. W 1829 roku Edward Raczyński otworzył w Poznaniu bibliotekę z gmachem, którego fasadę wzorowano na wschodniej elewacji paryskiego Luwru. W statucie zapisał, że korzystać z niej może każdy bez różnicy osób. To dziś najstarsza działająca biblioteka publiczna w Polsce. W akcie darowizny Kórnika Władysław i Maria Zamoyscy pisali, że rodzina od dawna chciała, by jej majątek i nadal polskiej służył sprawie.
Nowy Jork zna ten mechanizm równie dobrze. Nazwisko Morgan, kojarzone kiedyś głównie z bankowością, nosi dziś muzeum i biblioteka badawcza w sercu Manhattanu. David Rubenstein, współzałożyciel funduszu Carlyle Group, który kupił wspomniany Bay Psalm Book, zapowiedział, że będzie go wypożyczał bibliotekom w całym kraju. Rzadka książka stała się narzędziem mecenatu i najlepszą rekomendacją dla swojego właściciela. Różnica między Morganem a Załuskimi to dwa stulecia. Mechanizm jest ten sam.
Działa on nie tylko w skali instytucji. Biblioteka mówi o swoim właścicielu więcej niż jakikolwiek inny przedmiot w domu czy gabinecie. Wiele cennych rzeczy można kupić w jedno popołudnie. Spójnego księgozbioru z pierwszymi wydaniami i rzadkimi egzemplarzami zwykle nie da się po prostu kupić – trzeba go zbudować, a to wymaga czasu, wiedzy i konsekwencji. Dlatego dobrze dobrana biblioteka jest czytelnym sygnałem: że jej właściciel myśli w perspektywie dekad, ceni kulturę i zna wartość rzeczy, które nie są na pokaz, tylko na lata.
Morgan rozumiał to doskonale. Swoją bibliotekę zbudował tuż obok własnego domu, a architekt Charles McKim zaprojektował ją tak, by sam budynek oddawał rangę zgromadzonych w nim zbiorów. Dziś w gabinecie przedsiębiorcy, w rezydencji czy w siedzibie firmy biblioteka pełni podobną rolę: buduje zaufanie, otwiera rozmowy, których nie otworzy żadna prezentacja, i zostaje w pamięci gości na długo po spotkaniu. A dla rodziny staje się czymś więcej niż majątkiem – dziedzictwem, które przechodzi z pokolenia na pokolenie razem z nazwiskiem.
Nasza biblioteka i nasza misja
Piszemy o tym nie tylko jako obserwatorzy. Sami od lat budujemy jeden z największych prywatnych księgozbiorów w Polsce i wiemy z własnego doświadczenia, ile cierpliwości, wiedzy i dyscypliny wymaga kolekcja, która ma przetrwać dłużej niż jej właściciele. Traktujemy to jako misję w tym samym duchu, w jakim działali Załuscy czy Działyński: odnajdywać książki, które inaczej rozproszyłyby się albo zniszczyły, weryfikować je w źródłach, ratować w naszej pracowni konserwatorskiej i zachować dla następnych pokoleń. Jako członek CINOA zobowiązujemy się, że każdy opis, każda wycena i każda deklaracja o stanie egzemplarza ma oparcie w źródłach, a nie w intuicji.
Biblioteki, które budujemy dla naszych klientów
Od lat budujemy kolekcje dla naszych klientów i oferujemy kompleksową obsługę wszystkiego, co wiąże się z książką – od doboru tytułów i pierwszych wydań, przez weryfikację bibliograficzną, po konserwację i szlachetną oprawę w naszej pracowni w Bydgoszczy. Każda biblioteka powstaje według indywidualnego profilu, tak by trafiały do niej wyłącznie egzemplarze o udokumentowanej historii i właściwym stanie zachowania.
Na życzenie klienta kolekcja może też zyskać własne sygnowanie, które od pierwszego dnia buduje jej tożsamość i przyszłą proweniencję – tak jak robiły to niegdyś wielkie polskie księgozbiory. Tak powstają biblioteki, które od początku mają sens bibliofilski i inwestycyjny, a z czasem stają się rozpoznawalnym dziedzictwem rodziny czy firmy.
Jeśli myślicie o własnej bibliotece – kolekcjonerskiej, inwestycyjnej albo takiej, która ma świadczyć o Was i Waszej firmie – skontaktujcie się z nami. Pomożemy zaplanować ją tak, by miała sens bibliofilski i inwestycyjny jednocześnie. A kolejne historie z rynku książki dawnej wysyłamy w newsletterze.
